Wspinałem się na ściance wspinaczkowej. Uprząź. Lina. Asekurant. Najtrudniejsze podejście. I ja.
Wspinam się.
Dochodzę do momentu, w którym nie widzę możliwości przejścia dalej, Ktoś z dołu woła. Postaw lewą nogę na zielonym, a prawą ręką sięgnij po czerwony. Wytęrzam siły. Udało się. Jestem zaskoczony tym, że dałem radę. Idę dalej.
Wiedziałem przed wejściem, że w pewnym momencie wspinaczki większość odpada. Doszedłem do tego miejsca. Przemyślałem strategie. Wytężyłem siły. Nie udało się. I... znowu. Znowu nic. Przemyślałem podejście raz jeszcze. Wygiąlem się. Znów się nie udało.
‚You can do it!‘ – usłyszałem z dołu. Zrób to i to i dasz radę!
‚Ci amerykanie‘ – pomyślałem. Nie wiedzą nawet jak bardzo bolą mnie już mięśnie. Nie znajdują się w tym trudnym położeniu, stoją i obserwują z dalekam myśląc, że to takie łatwe i proste. Typowe.
Posłuchałem rad wszechwiedzących amerykańskich pomocników. Wytężyłem siły raz jeszcze. Wyskoczyłem, złapałem się, nogę postawiłem szybko na kolejny punkt. i.... udało się.
Chwilę póżniej byłem na szczycie najtrudniejszej ścianki. Krótszą chwilę później byłem już na dole.
Kiedy odchodziłem spod ścianki zlany potem coś zrozumiałem.
Czasem w moim życiu z Bogiem dochodzę do podobnych momentów. Momentów, w których inni odpadają. Nie dają rady. I wtedy, ważne by ktoś zawołał: ‚You can do it! Zrób to i to i dasz radę!
Tak zawołają moi przyjaciele – mój Kościół.
Ci przyjaciele znają mnie, wiedzą z czym się zmagam i o co walczę. Oni mają odpowiednią perespektywe, by móc zawołać: ‚dasz sobie radę! Widzimy Twoje zwycięztwo!‘.
Kim jest mój Kościół. Chwila namysłu... Wiem. Gdzie oni są. Czy przypadkiem nie ‚odpadają od ścianki?‘.
Teraz pomyśl o tym Ty.
Dave
W trakcie ostatniego tygodnia brałem udział w Realnej Akcji. 6dni pracy na rzecz miasta. Pracowaliśmy ciężko, ale ochoczo. Sandomierz bardzo mi się spodobał. Piękne malowowniczo położone miasteczko nad Wisłą. Z pewnością zostawiłem tam cząstkę swojego seraca.
Zastanawiałem się nad tym, jak mieszkańcy interpretują naszą obecność w Sandomierzu. W przerwach w pracy nie miałem za wiele możliwości by z nimi rozmawiać. Nie spodziewałem się że odpowiedz dostanę nie zadając pytania.
W czwartek po połudnu przyjechało kilku moich znajomych by zobczyć jak przebiega praca. Poszliśmy pospacerować po okolicy. Wypatrzyliśmy ławeczkę. Usiedliśmy i cieszyliśmy się swoim toważystwem.
Po niedługim czasie podszedł do nas młody piany chłopak. Miał zaciśnięte w wojowniczym geście pięści i nadętą klate. ‚Daj na piwo!‘ - rzucił w moją stronę. ‚Nie dam‘ – odpowiedziałe.
Nie mam w zwyczaju dawać obcym pieniędzy, szczególnie kiedy są nieuprzejmi. ‚Daj na piwo!‘, ‚Nie dam‘, ‚To napijcie się ze mną!‘, ‚Nie, nie mamy ochoty. Nie dostaniesz od nas pieniędzy‘ – trzymałem swego.
Napięcie wyczówanlnie podniosło się po krótkiej wymianie zdań. W momencie, w którym wydawało się że sięgnęło zenitu, a chłopak sięgnął dna irytacji, zawiał wiatr, który odwrócił wiszącą na mojej szyi plakietkę uczestnika Realnej Akcji, tak że było widać co na niej widnieje.
‚To wy!‘ – wykrzyczał nieproszony gość. ‚Co wy tu robicie?!‘ spytał. ‚Pracujemy na rzecz miasta. Malujemy, sprzątamy, odnawiamy. Praktycznie pomagamy, w ten sposób okazując Bożą miłość mieszkańcom Sandomierza‘ – wyjaśniłem.
‚Aaa, to przepraszam! Grzesiek jestem. Też chciałem wziąć w tym udział, ale za późno się dowiedziałem. Jak sie tam zapisać?‘
Wytłumaczyłem po krótce co jak i kiedy. Po czym odeszliśmy ze zdecydowaną ulgą zostawiając Grześka za sobą.
Myślę że to zdarzenie zabawnie trafnie odpowiadziało na wyżej podane pytanie.
Każdy ma dobro w sercu. Ale nie każdy potrafi się przyznaćdo tego, że chce się tym dobrem dzielić z innymi.
Dzięki Grzesiek! Pomogłeś mi coś więcej zrozumieć na temat życia.
Dave
obiecałem babci że pomogę jej pomalować parkan.
jestem dobry w malowaniu. potrafię malować szybko, sprawnie i dobrze. i nie jest to przechwałka. po prostu wiele razy to robiłem. nabrałem wprawy.
dzień przed wyjazdem do Białegostoku miałem sen.
śniło mi się, że podczas malowania jakimś sposobem wylałem dużą ilość farby, na kostki przed bramką wejściową na posesję dziadków.
głupi sen! pomyślałem rano. jestem świetny w malowaniu! nic podobnego mi się nigdy nie przytrafiło. przecież maluję czysto i schludnie. przewalczyłem wspomnienie dziwnego snu w drodze do Białegostoku.
w ostatnim czasie miałem do podjęcia pewną decyzję. wybrażałem sobie jej skutki w najżywszych kolorach. zadowolony przed jej podjęciem w głowie odcinałem kupony sukcesu. ale tak naprawdę, byłem w stanie przewidzieć TE realne jej następstwa. wiedziałem, że jeśli ją podejmę, to po raz kolejny się sparzę. ale... liczyłem, że przy całym doświadczeniu jakie posiadam, wszystkim czego doświadczyłem, tym razem będzie inaczej.
dzień pierwszy malowania. oczyśiciłem stalowe elementy, zaczynam malować podkładówką.
dzień drugi. kolejny słoneczny dzień. babcia przyniosła mi gazety żebym podłożył pod parkan żeby nie pokropić kostek. posłusznie rozłożyłem gazety.
tego dnia wiał silny wiatr. podwiewał gazety na świerzo pomalowane elementy! podirytowany, odłożyłem pędzel i puszkę nowo otwartej farby przed furtką. wszedłem za nią. lekko ją przymknąłem i rozładowując irytację zacząłem wciskać gazety do śmietnika.
w tem, poczułem bardzo intensywny podmuch. tak intensywny, że nawet mu się nie oparła stalowo-drewniana futrka! uderzyła z impetem w w puszkę farby, która wylała się tworząc identyczną brązową plamę na kostkach jak w moim śnie...
jak już pewnie się domyślasz, nie chodzi o brązową plamę na czerwonych kostkach. bo ją akurat udało mi się całkiem nieźle zmyć. tylko o mnie.
myślałem później nad tym zdarzeniem i poprzedzającym go śnie. zrozumiałem, że potrafiłem przewidzieć to co się wydarzy. tzn.nie w sensie proroctwa, tylko ewentualnego przebiegu zdarzeń. ale sprowadziłem go do poziomu 'to na pewno mi się nie przytrafi!'.
tak jak z decyzją którą miałem podjąć. potrafiąc przewidzieć najprawdopodobniejszy przebieg zdarzeń, myślałem: 'to na pewno mi się nie przytrafi!' ...bęc, rozlana farba.
usłyszałem: "Dawid, jesteś dużym chłopakiem. jesteśmy przyjaciółmi już 6lat. nie będę Cię siłą odwodził od nie dobrych decyzji, jeśli już sam jesteś w stanie przewidzieć ich skutek."
pomyśl i zinterpretuj, może to też lekcja dla Ciebie(?).
Dave
Nie prosiłem Boga o wyjaśnienie tej sprawy. On po prostu dobrze wie, kiedy słabnę i wie, jak do mnie dotrzeć.
Tak samo chce dotrzeć do każdego z Was.
Kiedy trwa nieustannie odbiera po części radość z życia. Kiedy długo nie przychodzi ulga zaczyna niszczyć umysł. Czasem zadaje trudne pytania, na które nie ma jasnych odpowiedzi.
Mnożą się pytania. A ja nigdy nie otrzymuje odpowiedzi.
(Czemu ja? Jak długo jeszcze? Dlaczego Bóg nie odpowiedział na modlitwę? Czym ja na to zasłuzyłem? Na czym polego Boża dobroć i sprawiedliwość?)
Buntuje się czasem. Mam ochotę głośno wykrzyczeć niezadowolenie i frustrację.
Mogę zawołać do Boga. Powiedzieć Mu co myślę.
Mam wolną wolę. Mogę Go odrzucić.
Mogę. Mam prawo. To moja decyzja.
Kiedyś skorzystałem z tej możliwości. Powiedziałem - mam tego dość.
„Albo mnie uzdrowisz, albo ja się od Ciebie odwrócę.“
Odwróciłem się. Zostałem sam w środku sztormu, który panował w moim umyśle. Mądrzy ludzie nazywają ten stan depresją.
To było najtrudniejszy okres w moim życiu.
Po kilku miesiącach zmagań uświadomiłem sobie że bez Boga zupełnie nie daję sobie rady. Zrozumiałem, że On, z jakiegoś powodu, dopuszcza ból, ale nigdy nie zostawia mnie z nim sam na sam. Bywa że zostaje sam. Bo mam prawo, wolną wolę i mogę wybrać że chcę mocować się z bólem w nierównej walce.
Dwa dni temu ktoś mi pomógł. Kiedy stałem sam, z bólem oko w oko, podsunął mi Biblię. Otworzyłem na psalmie 40tym. Puściłem piosenkę “40“(U2).
Powiedziałem. Boże Ty widzisz. Nie muszę Tobie niczego tłumaczyć. Wesprzyj mnie. Daj mi cierpliwość w oczekiwaniu na uzdrowienie.
Ogarnia mnie pokój. Jestem spokojny. Uśmiecham się. Myślę o tym jak wspaniałe rzeczy czkają na mnie jako nagroda za życie Nadzieją.
Bóg mnie kocha. On wie wszystko
Dave