moje marzenia są za duże jak na mnie jedną, małą. i rosną, puchną jak balon, rozciągają się we wszystkie strony. jadąc do pracy tak naprawdę mnie tu nie ma - w sercu siedzę na chmurze podziwiając świat z góry. grzeję ręce przy ognisku gdzieś w dzikiej Afryce. gram w teatrze. jestem nad morzem i nocą w ubraniu przeskakuję fale. piję wino i śmieję się, śmieję się do rozpuku...
On o tym wszystkim wie. pozwala mi podróżować w myślach i mówi: "kiedyś zabiorę cię tam naprawdę. chcesz?". chcę. rozumiemy się. jest mój, a ja jestem Jego. w dodatku ja nie mogę bez Niego nic, On może wszystko. On - Jezus. moje Serce.
jeżeli zastanawiasz się co tak naprawdę tu robisz, po co żyjesz. jeżeli boisz się, że nie jesteś odpowiednią osobą na wypełnienie woli Ojca, że się nie nadajesz, nie dasz rady, że nic nie rozumiesz, nic nie wiesz, na niczym się nie znasz...i na pewno nie uniesiesz brzemienia, jakim chce obdarzyć cię Bóg,
to czujesz się dokładnie jak ja.
moje życie już nie jest moim odkąd powiedziałam Panu "tak". ja nie jestem silną wojowniczką, która modli się za innych, oczekuje rzeczy ostatecznych, przeciwstawia się demonowi, prorokuje, podporządkowuje swoje życie Miłości, spełnia swoje marzenia. to On we mnie.
kiedy zaczynam patrzeć na sprawy swoimi ludzkimi oczami znów staję się mała, przerażona i niezdolna do żadnej z tych rzeczy. i płakać mi się chce na samą myśl o tym, czego mógłby chcieć ode mnie Bóg. a co na to Bóg? mówi, żebym się nie przejmowała, jestem w porządku. wystarczam taka, jaka jestem. i dalej robi, to, co lubimy oboje - przekracza wszelkie granice.
czasem, kiedy się modlę, przychodzą do mnie różne obrazy. często pomagają mi się potem poruszać w rzeczywistości, która do mnie przychodzi. lubię je bardzo, bo są najczęściej bardzo piękne, plastyczne, pełne dobrych skojarzeń.
ostatnio miałam bardzo napięty czas. mówiąc "napięty" mam na myśli natłok spraw do załatwienia, ale nie tylko. także stresy poważniejsze: kłopoty z bliskimi, urwane nagle relacje, bolesne wydarzenia, których nie potrafię racjonalnie wyjaśnić. któregoś dnia w tym okropnym biegu zamknęłam oczy, krótko się pomodliłam, a pod moimi powiekami urodził się taki obrazek:
ja i Jezus siedzimy razem w łódce. łódka dryfuje sobie spokojnie na wodzie. żadne z nas nie wiosłuje, relaksujemy się. jest błogo i cicho, wspaniale. w pewnym momencie rozglądam się dookoła i orientuję się, że jesteśmy na pełnym morzu. uświadamiam sobie, że nasza łódka jest taka mała, wątła, a tu woda z każdej strony. pytam przejęta: "Panie, nic nam nie grozi?" On na to: "a czego się boisz siedząc z Bogiem w łódce?"
no właśnie - czego? właściwie czego mogę się bać siedząc z samym Bogiem, Panem Wszechświata, w łódce?
z tym pytaniem zostawiam was, kochani. każdy z nas siedzi z Jezusem w takiej dryfującej łodzi. oby Jego obecność dawała wam tyle odwagi i mocy, ile dała mi w tych trudnych momentach.
od jakiegoś czasu należę do wspólnoty. nie wiem dlaczego, ale do tej pory długo sie przed tym wzbraniałam: bo nie mam czasu, bo się wstydzę, bo to, bo tamto...
no ale wreszcie jestem. jestem tam nowa. nie wszystkich znam, jeszcze się nieco krępuję. na pewno wiecie jak to jest w nowym miejscu - początkowo siedzi się w miarę cicho. przynajmniej ja tak mam. nawet na modlitwie ani razu nie odzywam się na głos, lepiej się jeszcze nie wychylać...
wczoraj podczas modlitwy dziękczynnej, jak zwykle każdy dziekuje Jezusowi za co mu sie tylko podoba. ale albo wszyscy byli w złym nastroju, albo jakiś duch zniechecenia spadł na całą wspólnotę. modlitwa szła tak ociężale, jakoś smutno się zrobiło, ludzie dziękowali za problemy, cierpienia, trudne doswiadczenia...no cały czas coś w tym stylu. ja w duchu sobie myślę, że należałoby podziękować za coś radosnego, ale nie wychylałam się nadal. wtedy zaczęłam słyszeć cichutką myśl: "powiedz: radujcie się". nie poddałam się jednak tej myśli, bo bezpieczniej i wygodniej mi było wytłumaczyć sobie, że tego nie powiem, bo sie wstydzę. wtedy to zdanie zaczęło już dosłownie dzwonić mi w uszach: "powiedz: radujcie się!". ja nadal: "nie no, nie powiem, jestem nowa". wtedy stało się coś czego zawsze najbardziej się boję - serce zaczęło walic mi nienaturalnie szybko. naprawdę nienaturalnie. boję się tego stanu, bo kiedyś z tego powodu wylądowałam w szpitalu. teraz jednak wiedziałam, że to Pan mnie w ten sposób przynagla, bym wykonała Jego wolę. pomyślałam, że albo to wreszcie z siebie wyduszę, albo tu zemdleję i wywiezie mnie karetka.
no i wywaliłam:
"Panie, dziękuję Ci za to co do mnie teraz mówisz. aż serce zaczęło mi mocniej bić, bo wzbraniam się, by to powiedzieć. Pan mówi do was: RADUJCIE SIĘ! wciąż skupiamy się na smutku i naszych zmartwieniach. a Pan mówi: radujcie się, ludzie radujcie się!!! bo Pan jest z wami!"
serce się uspokoiło. wszyscy zaśpiewaliśmy jakąś radosną pieśń. patrzę na ludzi, a oni się uśmiechają. dziewczyny zaczęły tańczyć. kobieta, która siedziała obok przytuliła mnie i podziękowała, że się nie wzbraniałam przed powiedzeniem tego, bo bardzo jej to było dziś potrzebne. coś się zmieniło.
tak więc radujcie się kochani, radujcie się! radujcie się całkiem bezinteresownie. ja musiałam tę wieść przyprawić stresem o zdrowie mojego serca;)
przeczytałam tę metaforę kiedyś w pewnej książce i teraz stała się dla mnie bardzo aktualna. jestem częściowo zrobiona ze szkła. są we mnie takie sfery, które boję się tknąć palcem, bo wydaje mi się, że są bardzo kruche i jednocześnie bardzo ważne. sfery, o których mówię Bogu w modlitwie: "Panie, proszę, nie poruszaj tych problemów, one są zrobione ze szkła - jeśli dotkniesz tego miejsca rozsypię się na drobne kawałeczki."
i co robi Bóg? zawsze właśnie dokładnie tam dokłada swoje boże pięć groszy;) przypomina mi o sprawach, które mnie bolą, rozgrzebuje rany. to zawsze zaczyna się od bólu. wydaje mi się, że spadam z wysokości i tym razem na pewno się rozbiję - jestem w końcu częściowo zrobiona ze szkła. to nie może skończyć się dobrze.
a jednak Pan dobrze wie, co robi. czuję się jak małe pisklę - jeśli nie wyskoczę z gniazda, nigdy nie nauczę się latać. jeśli nie spróbuję poradzić sobie z problemami, nigdy ich nie pokonam. Bóg w swej nieskończonej mądrości to wie, więc pozwala mi początkowo ciskać się, płakać, wyć w niebogłosy. a potem powoli, powoli pokazuje mi, że nawet gdybym była zrobiona ze szkła, ono pod Jego opieką nigdy się nie rozbije.
od kilku dni intensywnie planuję moją październikową podróź do Hiszpanii. wymarzyłam ją sobie. chodzę do pracy z myślą, że każdy kolejny przepracowany dzień przybliża mnie do sumy, za którą będę mogła zobaczyć kolejny kawałek świata.
zaczęło się mniej więcej półtora roku temu. wtedy z koleżankami, za niewielką sumę udało nam się pojechać do Tunezji. myślałam, że to będzie taki zwykły wypad, odpoczniemy trochę, zrelaksujemy się i po powrocie wszystko wróci do normy. ale tak się nie stało. tam jakoś dotarło do mnie jak wielki i fascynujący jest świat. jak wiele można nauczyć się od innych ludzi, innych kultur, odkrywając zupełnie nowe krajobrazy. od tamtej pory widzę siebie troszkę inaczej. czekającą na peronie na pociąg, z walizką czy plecakiem u nóg, śpiworem pod pachą. w podróży.
od czasu Tunezji udało mi się odbyć już 4 wyjazdy zagraniczne. za minimalną cenę, bez wygód, czasem z przeszkodami. ale do przodu i z łaską Pana. zawsze pod Jego opieką. nie potrafię wyrazić jak bardzo czuję boską obecność kiedy patrzę na nieznaną mi ziemię. kiedy wiem, że to wszystko jest od Niego i że naprawdę Bóg włożył w stworzenie świata swą najdoskonalszą duszę artysty.
choć staram się wyjeżdżać, wciąż nachodzą mnie wątpliwości czy na pewno nie robię niczego złego. być może to wynika z wychowania, bo nieustannie czuję, że robię coś niepraktycznego, marnuję czas i pieniądze na własne fanaberie. długo nie mogłam tego pogodzić - chęci zobaczenia nowych miejsc i wyrzutów sumienia. ale odkąd planuję moją pierwszą, od początku do końca przygotowaną przeze mnie, podróż do Hiszpanii, odczuwam niesamowity spokój. Bóg naprawdę mnie wspiera, widzę to, kiedy się modlę, kiedy On spełnia moje potrzeby związane z wyjazdem. i teraz rozumiem już, że przecież świat jest dzielem Boga, mojego Ojca. i nie zamyka przede mną drzwi do zobaczenia Jego dzieła. od jakiegoś czasu głęboko czuję, że On naprawdę nie ma nic przeciwko temu, bym podróżowała. co wiecej, uczy mnie, że wbrew pozorom pieniądze nie odgrywaja tu wielkiej roli. wystarczy podjąc trud, by zorganizować wyjazd jak najtaniej a to, co bedę musiała wydać On pozwala mi zarobić. w ten sposób zmieniło się też moje podejście do pieniędzy - nie są moje i tylko moje bo je zarobiłam. jak wszystko inne są darem od Boga, który ofiarował mi dobrą pracę i siłę, by ją wykonywać.
to dla mnie niesamowite odkrycie, że nie muszę się karmić wyrzutami sumienia. to niesmowite, że Bóg pozwala mi podróżować. w momencie, kiedy nawet moi rodzice, rodzeństwo uważają, że wydziwiam, mój Najdroższy Ojciec w Niebie pomaga mi prowadzić walizkę.
czasami spotykam osoby, którymi mam ochotę porządnie potrząsnąć, żeby się ocknęły. gdyby takie potrząśnięcie pomagało, byłoby chyba najczęściej przeze mnie stosowanym chwytem na wszelkiego rodzaju bóle duszy.
kiedy chodzę ścieżkami Boga, co krok dostrzegam niesamowitości tego świata. Bóg czasami naprawdę prowadzi mnie w niezwykłe zakątki i sytuacje, ale czasami zachwycają mnie takie zupełnie zwyczajne sprawy. codziennie, w zwykłych czynnościach jest mnóstwo powodów do zadziwienia się, do radowania się chwilą.
nauczyła mnie tego moja przyjaciółka, która chyba nawet nie ma świadomości, że to tak bardzo zapadło mi w pamięć. powiedziała kiedyś: "ludzie zbyt wiele się zamartwiają. przecież gdyby spojrzeć realnie to większość spraw i tak zwykle w końcu kończy się dobrze". choć ona tego nie powiedziała, ja dobrze wiem czyja to sprawka:) mojego Pana Najwyższego.
niestety często spotykam ludzi, którzy kompletnie nie zauważają swojego życia. może to brzmi dziwnie, ale nie przejęzyczyłam się - tak, nie zauważają swojego życia. nawet nie tyle, że się nad nim nie zastanawiają. ale nie dostrzegają w nim niczego wartościowego, przez co umyka im tak wiele radości i pozytywnych emocji. szczerze mówiąc, w ogóle niewiele w nim dostrzegają: życie ucieka im przez palce, a gdyby zapytać ich co u nich, zawsze odpowiedzą "nic ciekawego". wiecie, kiedy to widzę, mnie to strasznie przygnębia.
to są zwykle ludzie, którzy na coś czekają.
czekają na różne rzeczy. na marzenie, które się nie spełnia. na miłość. na dawnego lubego, który nie chce wrócić. na uśmiech losu. na cokolwiek.
oczekiwania i plany pozwalają nam iść do przodu i rozwijać się, ale kiedy niespełnione marzenia zaczynają determinować całą naszą codzienność to jest bardzo źle. ile to jest osób, które mając jakiś problem, nie dają rady normalnie funkcjonować? choć wiem, że takim osobom potrzeba wsparcia i cierpliwości, czasami mam ochotę tak właśnie mocno nimi potrząsnąć, by się ocknęli, że tak naprawdę mają wspaniałe życie!
dlatego tak ważna jest wdzięczność Bogu. wdzięczność za wszystko co nas spotyka, co mamy. tak naprawdę ona nie jest za bardzo potrzebna osobie, od której coś otrzymujesz. poprzez wdzięczność ty sam wzrastasz, bo zaczynasz dostrzegać coraz to więcej objawów łaski. otwierają ci się oczy na radość, na miłość. na twoje życie. uwierzcie mi, to otwiera serce. wiem, bo sama wciąż otwieram się poprzez wdzięczność i widzę jak z każdym dniem przybywa piękna wokół mnie. jest jeszcze jeden fenomenalny skutek wdzięczności: łatwiej radzisz sobie z problemami. kiedy zauważasz wokoło pozytywy, na problemy zaczynasz patrzeć z potrzebnym dystansem, możesz lepiej ocenić sytuację. przestajesz się bać. to jest łaska, którą Pan daje tym, którzy doceniają Jego pracę.
także człowieku! jeżeli masz problemy, wydaje ci się, że nic ci się nie układa, marzenia uparcie nie chcą się spełnić i masz już wszystkiego dosyć - dziękuj :) dziękuj za wszystko, co przyjdzie ci do głowy.
wczoraj miałam bardzo miły dzień. zaskakująco miły. a to nikt inny, tylko Pan sprawił mi taką niespodziankę.
studiuję i właśnie jest sesja. wczoraj miałam pierwszy egzamin. ponieważ zawsze przed egzaminami ogarnia mnie irracjonalny strach, którego mam serdecznie dosyć, przed pójściem "na rzeź" zajrzałam najpierw do kościoła, by chwilę się pomodlić. poprosiłam Pana, żeby wziął sobie ten dzień jako swój i użył mnie tak jak chce, bo ja się za bardzo denerwuję i bez Pana to nic ze mnie dzisiaj nie będzie.
i co się wydarzyło? niby nic spektakularnego, ale dla mnie dzień niesamowity. po pierwsze egzamin był właściwie najkrótszą i najmniej emocjonującą jego częścią. przyszłam na uczelnię, od razu była moja kolej do wejścia na egzamin, dwa pytanka i do widzenia, czwórka.
następnie urządziliśmy sobie ze znajomymi miłe spotkanie po egzaminie i tam okazało się, że każdy wybiera się gdzieś wieczorem, tylko, że w różne miejsca. i tak oto, spontanicznie zdecydowałam, że pójdę na dwa spektakle, do dwóch różnych teatrów jednego dnia! tak też zrobiłam. pierwszy spektakl "Bóg" Woodego Allena okazał się najlepszą sztuką, jaką kiedykolwiek widziałam w tym teatrze. od razu po wyjściu postanowiłam, że muszę na nią pójść jeszcze raz. druga sztuka też była niczego sobie.
ale oczywiście, jak na Pana Boga przystało, nie mogło się skończyć tylko na rozrywce. siedząc tak na teatralnym krzesełku dotarło do mnie po raz kolejny, że to jest dokładnie moje miejsce. że ja chcę tak siedzieć i się gapić na scenę, albo stać na scenie i się gapić w widownię, ale koniecznie tu, albo w podobnym miejscu po prostu uczestniczyć w świecie kultury.
chciałam, żeby Bóg mi pomógł zdać egzamin, a On jak zwykle zaprowadził mnie dalej. dał mi więcej, bardziej, lepiej przeżyć ten dzień niż gdybym próbowała zorganizować go sobie sama.
chwała Najwyższemu!
mój pierwszy wpis na blogu...
na początku, muszę się szczerze przyznać, że nie jestem dobra w rozmawianiu o Chrystusie. nigdy nie ewangelizowałam, nie sypię cytatami z Biblii jak z rękawa, wciąż mam jeszcze wiele, wiele nierozwikłanych spraw w dziedzinie wiary. poza tym, jeżeli już zacznę mówić o tym, co Jezus zrobił dla mnie, za chwilę mam milion wątpliwości czy na pewno słusznie tę lekcję zinterpretowałam.
także jak widzicie, raczkuję.
chrześcijanką jestem od maleństwa, ale zawsze wierzyłam tak raczej po cichutku, nie wadząc nikomu. mniej więcej półtora roku temu Bóg wtargnął w moje życie z całą masą nowych, niecodziennych wydarzeń. i tak od tamtej pory wywleka mnie na drugą stronę, przekręca i wykręca, wyżyma wszystko w co dotąd wierzyłam i w czym pokładałam nadzieję. kilka takich wspaniałych momentów postaram sie na tym blogu przytoczyć. bo nie oszukujmy się, mam tylko to.